poniedziałek, 22 czerwca 2015

Jedno ciało, a myśli tak różne

Czasem mam wrażenie, że oszaleję.
Jednocześnie kocham i nienawidzę. I w jednym momencie wydaje mi się, że bardziej kocham. By zaraz stwierdzić, że jednak bardziej nienawidzę.
I bądź tu mądry.
Jestem tym zmęczona.

środa, 1 kwietnia 2015

Wzięliśmy kota ze schroniska bo...

1. Chcieliśmy mieć kota.
No niby oczywiste, ale punkt kluczowy, bez którego żaden kolejny by nie zaistniał. Chcieliśmy mieć zwierzaka, mi się ciężko żyje bez czworonoga. doszlismy do wniosku, że przy naszym trybie zycia, kot będzie lepszym wyborem. Przynajmniej w tej chwili. 

2. Chcieliśmy zrobić coś dobrego.
Dużo jest nieszczęścia na świecie. Wszelkiego. Są wojny, jest niesprawiedliwość. Ludzie cierpią głód, chłód. Dzieci nie mają rodziców. Zwierzęta swoich domów.
Mogliśmy dołożyć swoją mini cegiełkę do polepszenia tego świata w taki sposób, że daliśmy dom jednemu sierściuhowi któremu los się skomplikował. Więc skorzystaliśmy z tej możliwości.

3. Chcieliśmy mieć "podrośniętego" zwierzaka.
Nie mieliśmy wcześniej doświadczenia z kotami. O psach wiem naprawdę dużo, ale kota nie miałam. Dlatego chcieliśmy zwierzaka, który będzie nauczony podstawowych rzeczy takich jak korzystanie z kuwety, drapaka. Ważne było dla nas także by znane już było usposobienie kota. 
Wielu doświadczonych kociarzy powie, że nauczenie korzystania z kuwety to żadna filozofia. Zapewne tak jest, jednak kiedy nie ma się żadnego doświadczenia, wszystko ma znaczenie. 

4. Nie mieliśmy dużo pieniędzy.
Tak, można oszczędzać i wydać pieniądze na kociaka wybranej rasy. Ale nie chcieliśmy długo czekać na  kota. To po pierwsze. Po drugie zupełnie bez sensu wydawało nam się wydawanie kupy kasy na rasowego, gdy dookoła jest tyle bezdomnych.

5. Nie zależało nam na rasowym kocie.
Nie mamy ulubionej rasy, nie zależało nam na konkretnym kocie. Nie zapoznawaliśmy się również z charakterystykami ras. Po prostu kot rasowy, nie był obiektem naszego pożądania.

W ten sposób w ostatni piątek trafiła do nas Baśka :)



niedziela, 29 marca 2015

Smutna prawda - tracę szacunek do dziennikarzy/reporterów, a może do mediów w ogóle.

Może w tytule powinnam ująć to "dziennikarzy/reporterów', co by niektórych niepotrzebnie nie obrazić, nie skrzywdzić... Tylko chyba już sama nie wiem jak wielu jest dziennikarzy a jak wielu "dziennikarzy". Czy aby teraz ci drudzy nie dominują nad pierwszymi.

Skąd ta niechęć?

Od zawsze lubiłam być na bieżąco. Ciekawiło mnie co się dzieje na świecie, w Polsce, w mojej okolicy. Lubiłam serwisy informacyjne, poczytać prasę poświęconą temu co w trawie piszczy. Ale od pewnego czasu wyjątkowo męcząco towarzyszyło mi wrażenie:
"Znowu to samo?"
"Jak długo można to wałkować?"
"Po co mówić o takich głupotach, gdy dzieje się tyle innych rzeczy?
"Czemu ten dziennikarz piąty raz zadaje to samo pytanie?"
I coraz rzadziej wrzucałam kanał informacyjny, bo przestały spełniać moje oczekiwania. Potrafiłam ograniczyć się do wieczornych "Faktów" albo "Wiadomości".
Po co miałam w ciągu dnia poświęcać jakąkolwiek chwilę na ich programy skoro odgrzewają kotlety? Ja rozumiem, że wybuch gazu to tragedia, że rządowy samolot też, ale litości... mamy inne problemy, które faktycznie są długofalowe i które mogłyby być poruszane dzień w dzień a temat nie byłby wyczerpany.

Co było kolejną cegiełką?

W pewnym momencie poczułam obrzydzenie widząc, że coraz częściej przekazuje nam się manipulacyjną papkę. Tylko co to za manipulacja, w której odbiorca połapał "o co kaman" i wyłącza telewizję, zamyka gazetę?
Zawsze byłam przekonana, że dziennikarstwo to pewna misja. Że wykonują je ludzie, którzy są zwolennikami prawdy, faktów i że tego pilnują. Gdzieś mi się zakodowało że miarą profesjonalnego dziennikarstwa jest obiektywizm, objawiający się np tym, że podczas prezentowania informacji nie pozwala się na odsłonięcie swojej opinii, odczuć, oceny. Bo to już narzuca odbiorcy tor myślenia, nie pozostawia pełnego miejsc do wykształcenia własnego poglądu. Szczególnie gdy weźmiemy na tapetę odbiorcę, który nie zastanawia się nad tym kto, co i w jaki sposób mu podaje.
A ostatnio wszędzie się z tym spotykam. Oglądam wywiad z politykiem i czuję niechęć jednego do drugiego, uszczypliwe komentarze. Czytam gazetę i mam wrażenie, że wszystkie artykuły poświęcone są hejtowi na jedną partię. Żeby zebrać odrobinę miarodajnych faktów musiałabym sięgnąć po kilka tytułów, każdy przychylny innej opcji. Może jestem naiwna, al myślałam, że to inaczej powinno funkcjonować.

Co mnie wyjątkowo rozczarowało?

Ale powiedzmy, że rozumiem, że tak to już jest - są stacje/audycje/gazety będące przychylnym takim a nie innym ludziom. Jest X mediów puszczających oko do X polityków. Ale poza polityką mamy zwykłe życie. A ono zasługuje na uwagę mediów tylko gdy jest krwawe, bolesne, niesprawiedliwe, złe i pełne nieszczęścia. Biorąc chociażby ostatni wypadek niemieckiego samolotu. Kiedy pojawiły się pierwsze relacje, pamiętam powtarzające się zdania "MSZ nie potwierdza, by na pokładzie samolotu byli Polacy. ALE TO NIE SĄ JESZCZE OFICJALNE INFORMACJE". Słucham i nie wierzę. Jak to? To  ktoś ma nadzieję, że te dane się zmienią? Że jednak jakiś Polak znajdzie się wśród ciał roztrzaskanych na skale? Że będzie można to wrzucić na żółty/czerwony/migający pasek? Co jest z wami ludzie? 
Albo z innej strony. Dość często pojawiają się informacje ze świata medycyny, że dzięki taki a takim osiągnięciom udało uratowac się życie / ulżyc w cierpieniu / po prostu pomóc. Poświęca się 2 zdania na temat dobrej strony (że otwierają się nowe możliwości, że będzie można pomóc większej liczbie chorych, że się coś poprawia) i 2 akapity na pytania "A wcześniej pani bardzo cierpiała? bardzo bolało? Bała się pani? Nikt nie chciał pomóc? Nie było pieniędzy?" Pytania które nie mają wiele wspólnego z troską tylko tanią sensacją...

Co przelało czarę goryczy?

Kilka dni temu zobaczyłam film "Wolny strzelec". Głupio zrobiłam że włączyłam to sobie przed snem. Bo żeby zasnąć musiałam wspomóc się potem tabletką. Byłam wzburzona, obrzydzona, rozczarowana. Przez chwilę zwątpiłam w ludzi. Bo niektórzy z nas już nie są ludźmi.
Film nie odpowiada polskim realiom. A może JESZCZE nie odpowiada? Nie wiem, ale tak naprawdę co to za różnica?
Nie będę opowiadać o filmie, mam wrażenie, że jestem ostatnią osoba która go widziała.

Chciałabym dalej wierzyć w dobre dziennikarstwo, ale póki co rozwija się we mnie przekonanie, że teraz na uwagę zasługują tylko serwisy sportowe i pogodowe.

środa, 18 marca 2015

Dlaczego warto wziąć pod uwagę prywatną uczelnię

Kiedy zaczynałam 4 lata temu przygodę ze studiowaniem, nie brałam nawet pod uwagę prywatnej uczelni. Miał na to oczywiście wpływ fakt, że niewiele jest prywatnych jednostek oferujących interesujący mnie wówczas kierunek, ale tak naprawdę nie traktowałam wtedy uczelni prywatnych jako "prawdziwe" uczelnie, do "prawdziwego" studiowania. Raczej jako miejsca do produkcji ludzi którym zależy tylko na papierku.

Sytuacja zmieniła się w momencie, gdy pół roku temu sama stałam się studentką takiej prywatnej placówki. Miałam też już duże doświadczenie w studiowaniu na państwowej politechnice, także było co porównywać. 

Ten wpis nie będzie o tym, dlaczego nie warto iść na państwową uczelnię - dziś nie będzie o negatywach. Będzie o tym dlaczego warto rozważyć uczelnię prywatną. Może komuś to się przyda, może komuś otworzy oczy, pomoże podjąć decyzję, albo chociaż zmieni trochę punkt widzenia. 

1. Szkoły prywatne oferują niszowe kierunki. 
Rzecz jasna, oferują tez te najbardziej popularne i oblegane, ale wiele z nich ma w swojej ofercie kierunki rzadkie. Tak było w moim przypadku. Interesujący mnie kierunek na Pomorzu nie oferowała żadna szkoła państwowa, najbliższe były na Mazowszu. Natomiast znalazły się dwie prywatne, które miały go w swojej ofercie. Po prostym rachunku ekonomicznym, wybór był oczywisty.

2. Na prywatnych uczelniach "inaczej" traktuje się ludzi.
No cóż, smutna prawda. Smutna z perspektywy szkół państwowych. Na uczelni prywatnej zawsze da się "po ludzku" dogadać, raczej nikt nikogo nie traktuje z góry i nie ofukuje. Panie w dziekanacie chcą pomóc, a nie zamordować, z uśmiechem odpowiadają "dzień dobry", a prowadzący jakby przypominają sobie, że studenci to też ludzie, którym zdarzają się lepsze/gorsze dni, wypadki życiowe etc. 

3. Grupy są mniejsze -> odnosisz więcej korzyści z zajęć.
Tak wynika przynajmniej z mojego doświadczenia. Co prawda ja na prywatnej uczelni studiuję zaocznie, ale z moich informacji wynika, że na dziennych jest tak podobnie. Grupy są mniej liczne, zatem prowadzący mają więcej czasu dla każdej osoby. Mogą do każdego podejść, każdemu osobno coś wytłumaczyć - i tak faktycznie się to u mnie odbywa. Student nie czuję się rodzynkiem w blasze drożdżowego ciasta, tylko jedną z wisienek na torcie.

4. Nie każda uczelnia prywatna jest "maszynką do robienia pieniędzy i wypluwania bezrobotnych magistrów za mało zdolnych na uczelnię państwową".
Szkoła do której chodzę została założona przez profesorów państwowych uczelni. Tak, są na niej również kierunki, które mają podnieść rentowność - inaczej pewnie nie miałaby prawa bytu. Ale to nie znaczy, że produkuje roszczeniowych ludzi z nic niewartym papierem. Pracujący tam ludzie widać, że są ludźmi z pasją którzy chcą tam być i przekazać najwięcej jak mogą. A ludzie kończący tam studia znajdują potem pracę. Nie, nie w KFC. W zawodzie. 

5. Nie jest prawdą, że na prywatnej uczelni wystarczy "być" by zaliczyć. 
Punktuję to jako zaletę, choć niektórzy pewnie popukają mnie w czoło. Jak to? Chcę się narobić? A no chcę, chcę się nauczyć. U mnie trzeba przystąpić do konkretnych zaliczeń, w konkretnych terminach, oddać projekty wykonane na odpowiednim poziomie. Być to mogę albo nie, ale jak mnie nie ma to wiadomo, że nie patrzą na to najlepiej. Trzeba wykonać pracę. I bardzo dobrze, inaczej wątpiłabym, że płacę za coś sensownego. 

6. Za studia na prywatnej uczelni trzeba płacić. 
Truizm. No i jaka zaleta? Duża, bo mam wrażenie, że ten fakt sprawia, że:
a) studiują faktycznie ci którzy tego chcą, potrzebują, są zmotywowani,
b) nie traktuje się studentów jako zło konieczne, a w sumie to takie przeszkadzające elementy.
A poza tym, okazuje się że nie zawsze trzeba tam płacić, bo np. można... wygrać indeks. 

7. Uczelnie prywatne stwarzają więcej możliwości.
Mam na myśli możliwości związane mniej i bardziej ze studiowaniem. Na swojej uczelni ciągle natykam się na ogłoszenia o stażach, o pracy, o praktykach, o kursach organizowanych przez uczelnię (dotyczące programów komputerowych, rozwoju osobistego itp.). Na uczelni państwowej... no trochę bieda pod tym względem.

Nie mówię, że te punkty będą reprezentatywne dla wszystkich uczelni prywatnych, bo opieram się tylko na własnym doświadczeniu i relacji kilku znajomych. Ale jeszcze pół roku temu byłam przekonana, że wszystkie prywatne placówki to buble, miejsca nie warte pieniędzy i uwagi. I to była krzywdząca opinia.

czwartek, 12 marca 2015

Trudny czas

Mam ostatnio naprawdę bardzo trudny czas. Nie tylko ze względu na ogrom zadań. Nie radze sobie sama ze sobą. Jest mi ze sobą, w swojej skórze w swoim położeniu źle.
Długo nie pisałam, bo zwyczajnie albo nie miałam czasu, albo nie miałam o czym pisać. A mam to miejsce przede wszystkim dla siebie.
Trochę się pozmieniało. Zmieniłam miejsce zamieszkania. Nie mówię, że się przeprowadziłam, bo w mojej głowie przeprowadzić się to znaczy zmienić swój dom. A mój dom póki co jest tylko jeden i nie tu gdzie teraz jestem. Obecne miejsce pobytu traktuję raczej jak noclegownię... właśnie miejsce pobytu. Ale o tym innym razem.
Teraz chodzi mi po głowie temat o uczelniach prywatnych i państwowych. Ostatnio trafiłam na artykuł, który skłonił mnie do tego "a może coś by o tym napisać, skoro już coś o jednym i drugim wiem". Przemyślę formę tekstu i pewnie zamieszczę, może komuś kto się zastanawia, taki post będzie w sam raz.

sobota, 31 stycznia 2015

Podsumowanie miesiąca

Styczeń dobiegł do końca. Rzućmy okiem jaki był ten miesiąc, jak się prezentuje w zestawieniu z postanowieniami.

Od strony kulturalnej było bardzo dobrze. Przeszłam przez dwa bardzo dobre tytuły książkowe. Zobaczyłam również dwa świetne filmy i rozpoczęłam jeden naprawdę dobry serial - chwilowo odstawiony na półkę z powodu nawału obowiązków. Mowa o "Mad Manie". Może skuszę się na bardziej rozbudowaną recenzję kiedy skończe chociażby pierwszy sezon. Póki co - po 4 odcinkach jestem zauroczona :)

Od strony "dbaj o siebie człowieku, drugiej szansy nie będzie" również jest całkiem dobrze! Przez pierwsze 2 tygodnie rozpoczynałam dzień szklanką wody z cytryną, potem... zapominałam o zakupie cytryn więc wróciłam do rytuału kilka dni temu. 
Szklanka wody z cytryną (i miodem) okazała się naprawdę niesamowitą sprawą. Czułam się dzięki niej pobudzona, obudzona, "wkładałam" coś do żołądka na dzień dobry, a nie była to kawa na pusty ruszt - co jak wiadomo nie jest zdrowe. 
Poza tym zapisze na poczet sukcesu aktywność fizyczną. Co prawda basen nie stał się póki co namiętną rutyną, ale polubiłam się z filmikami z ćwiczeniami Mel B. Nad basenem jeszcze popracuję, szkoda żeby karnet się zmarnował ;) Generalnie rzecz ujmując udało mi się lekko przekroczyć granicę 1 trening/tydzień. Nie jest to tylko co plan zakładał - dlaczego więc uznaję za sukces? Bo było nie było, jak robi się coś raz w tygodniu to jest to już jakis nawyk, wstęp do zwiększenia intensywności.
I jeszcze jedna rzecz - już PRAWIE codziennie udaje mi się wklepać krem pod oczy, więc zmarchy miejcie się na baczności.

W kwestii rozwoju osobistego, edukacji, kariery przeżywam z lekka karuzelę. Miałam się w tym roku nie bronić... okazało się że jednak będę się bronić. Okazało się to w momencie, gdy miałam już zaplanowany, opłacony wyjazd, zamysł by skupić się teraz na trochę zaniedbanej architekturze i plany na najbliższy +/- rok i wszystko ułożone jak w pudełeczku. 
W związku z tym, że nijako stanęłam przed szansą obrony terminowej i jednocześnie możliwością kontynuowania studiów to... żal byłoby nie skorzystać.
Ale okazało się, że kiedy mierzę się ze sprawami takiego kalibru, które w dodatku mnie zaskoczyły to nie jestem wielozadaniowa. Architekturę odłożyłam do czasu obrony zupełnie. 
2 lutego - dead line.
Potem do 6 postaram się nadrobić maksymalnie dużo, a jakby co to po powrocie poświecę trochę oczami - no trudno.
NIECH BĘDZIE TO JASNE - NIE PODDAJĘ SIĘ Z NICZYM, ARCHITEKTURA NADAL NA TAPECIE TYLKO TERAZ MUSI USTAPIĆ TROSZKĘ MIEJSCA!

Na koniec jedna rzecz, która przyszła mi do głowy, którą sobie uświadomiłam i jest to miłe zaskoczenie. W tym miesiącu udało mi sie byc trochę bardziej na bieżąco ze sprawami... bieżącymi - polityka, aktualne sprawy kraju, serwisy informacyjne, prasa. Szczególnie za powrót do prasy jestem sobie wdzięczna, bo przez cały styczeń zaskakiwały mnie pozytywnie wydania Newsweeka, w którym znalazłam naprawdę dobre artykuły. Oczywiście nie tylko o polityce, ale głównie. 

I jeszcze jedno - wkręcam się w czytanie blogów motywacyjnych, lifestylowych, "życiowych". Bardzo bardzo dobrze na mnie wpływają i dają pewnego kopniaka. O ile o kosmetykach wolę słuchać, a ten temat też lubię jak każdy babsztylek, to o "ogarnianiu życia" wolę czytać. Chwała wszystkim blogerkom, u których w ostatnim miesiącu spędziłam tyle czasu!

piątek, 16 stycznia 2015

Polski kandydat do Oscara - Ida

Na fali zachwytów nad polskim obrazem - "Idą" stwierdziłam, że... nie widziałam jej! Pamiętałam, że dostała nagrody na festiwalu w Gdyni, nawet że była w kinie. Ale nie widziałam tego filmu.
Docierające do mnie kolejne pochlebne recenzje na temat tego filmu skusiły mnie do zapoznania z nim. 

Szkoda, że tak późno. Bo obraz jest naprawdę przepiękny. Ten film mogłby w ogóle nie mieć tekstu, można go oglądać z wyłączonym dźwiękiem i niewiele się wówczas straci. Bo jego najsilniejszym narzędziem przekazu i najpiękniejszym zarazem są czarno-białe zdjęcia. każde ujęcie to małe dzieło sztuki. Każda scena potrafi zachwycić. Trochę jak zlepek niepowtarzalnych fotografii. Każda ze scen mogłaby być plakatem do filmu. Zdjęcia są tak piękne, że poruszają najczulsze struny, wzruszają po prostu.
Ale oczywiście to nie jedyna zaleta. Drugą wielką zaletą jest Agata Kulesza. Moim zdaniem "robi" ten film. Świetna kreacja. 
I na koniec historia zamknięta w 80 minutach. Kiedy wyszłam już z wrażenia dotyczącego dosłownie tego co oglądałam dotarłam do sedna sprawy. Film porusza delikatny temat relacji polsko-żydowskich. Ale robi to w tak subtelny sposób, że wydaje mi się, że w nikim nie wzbudzi oburzenia. Historia współżycia Polaków i Żydów jest zawsze była kolorowa. Wiadomo, że jest naznaczona dramatami. "Ida" pokazuje to w dokonały sposób. Nienachalnie, zbalansowanie. Na pierwszym miejscu jest historia młodej zakonnicy, a dopiero gdzieś za nią ten zasadniczy cel, bardziej uniwersalny. 
Co tu dużo mówić. Dobrze, że w końcu zobaczyłam "Idę"!